Tyle dróg budują, tylko, kurwa, nie ma dokąd iść
Blog > Komentarze do wpisu
Robota
NOWY BURDA POJAWIŁ SIĘ NA MIEŚCIE. NO DOBRA. NA WSI. Przeczytajcie czy cos... Nie ma seksu, co by mama nie mówila, ze jestem monotematyczny, mało wulgaryzmów, generalnie KULTURKA. Literatura, fikcja, klasyk.

 Robota

-Wooojtuuuś… Wooojtuuuś… Wojtek! – obrzydliwy głos wyrwał mnie ze snu pewnego sobotniego poranka.

-Czego? – możliwie najuprzejmiej pytam ojca, dlaczego mnie obudził.

-Na montaż jedziemy, mówiłem ci przecież wczoraj.

-Jaki montaż? – błądzę ręką koło łóżka w poszukiwaniu wody mineralnej.  Łeb mi pęka, suchość po „Żeglarzu” w ryju okropna, żołądek ściśnięty, nic się nie chce. No dobra. Pierdzieć się chce.

-Do Zawadzkiego. Trzy roletki, łatwo pójdzie. No! Raz, raz!

-Zara panieee… Może jutro… - przykrywam głowę poduszką.

-Żadne jutro. Chcesz zarobić? Od mamy nie dostaniesz już ani grosza na to piwsko. Jutro jest niedziela, chcę iść na rower, a nie po ludziach jeździć z roletami… Fuj! Co tu taki zaduch? Wpuść trochę powietrza. Tfu! Śmierdzi wódą jak w gorzelni! – tata krzywi się i otwiera okno.

-A czym ma śmierdzieć? Szachami?! – cytuję stary dowcip.

-Mama zrobiła śniadania. Raz, raz! Pojedziemy, szybko zamontujemy i wracamy.

-Zara… Wyjdź stąd, muszę się ogarnąć.

Tata wychodzi z pokoju. O kurwa, no jak mi źle. O jedną pięćdziesiąteczkę za dużo. Niepotrzebnie kolorowa, po kolorowej zawsze zdycham. Wstaję z łóżka i wzrokiem ogarniam bałagan w pokoju. Drapię się po tyłku i szukam skarpetek. Tych wczorajszych, przecież jadę do pracy. Stare dresowe porcięta, nieśmiertelna czarna koszulka „MŁODY TECHNIK. CZYTAM, WIĘC MYŚLĘ” i wełniany sweter. Włączam laptopa, a właściwie to nie włączam, tylko odhibernowuję, czy jakoś tak. Wybieram „Złotego pawia” i wydaje mi się, że jestem Ryśkiem Riedlem. Potem „Would I lie to you” i nucę ze swoim tragicznym akcentem: „luk intu maj ajs, kenczju si der ołpenłajd, łud aj laj tu jubejbe”. Moja dusza przepełniona jest soulem. Lekko się kiwam, co jakiś czas drapiąc po tyłku. Z kieszeni wygniecionych jeansów wyciągam paczkę papierosów i biorę jednego. Wychodzę na balkon i zapalam. Pufffffff!  Zazwyczaj nie odpalam kiepa zaraz po przebudzeniu, ale jeszcze mnie trzyma bombka, więc mogę. Po skończonej fajeczce schodzę do kuchni. Trzy parówki, cztery tosty z serem, pomidor i jajko na miękko. Popijam earl greyem, chociaż lepiej byłoby miętką, bo kacowe bóle brzucha prędzej czy później nadejdą. Z półki z płytami wyciągam „jedynkę” i „czwórkę” Zeppelinów. Bekam. Jestem gotowy.

*

Ford załadowany po brzegi. Rolety, prowadnice, drabinka, walizki i kartony z narzędziami. Jedziemy w kierunku wioski X. Słuchamy z ojcem Zeppelinów. Jest mi niedobrze.

-Musiałeś tyle pić. Chory byś był, gdybyś się nie upił w piątek. Dobrze wiedziałeś, że mamy dzisiaj robić, ale nie mogłeś odmówić. Jedyna twoja rozrywka. Pijaństwo w „Żeglarzu”. Zdrowie zrujnujesz. Młodym to się zawsze wydaje, że mogą wszystko, ale to po latach wyjdzie – tata kręci głową z dezaprobatą.

-Nie pieprz tato – odpowiadam.

-Jak ty się do ojca odzywasz?

-Do roboty jedziemy, trzeba... W ogóle kumasz ojciec, że Bonham z Zeppelinów, w tym dniu co mu się zmarło, podobno wypił 2 litry wódy. Muszę go pobić. Wypiję 2 litry gorzoły i to strzimam.

-Dureń…

Gadamy jeszcze trochę o życiu, bo dobrze sobie pogadać o życiu, to tak cudownie jałowe. Tata stawia mi za wzór synów i córki swoich znajomych. Mówi, że są fajni, jeżdżą na erasmusy, uczą się języków, ROZWIJAJĄ SIĘ. To ulubione słowo mojego ojca – ROZWÓJ. ROZWÓJ w opozycji do mojego STACZANIA SIĘ.

-Staczasz się synek, staczasz… Ile można w tej knajpie siedzieć?

-Sportowiec siedzi od lat i dobrze mu z tym.

Sportowiec to absolutna legenda naszej wsi. Non stop wypity, w młodości skakał w wzwyż siedem metrów, a może nawet kilkanaście, wersje są różne. Na pytanie, czemu nie pojechał na olimpiadę, odpowiada, że wtedy ze wsi nie brali.

-Nie masz lepszych wzorców?

-Wzorce są mocno przereklamowane – odpowiadam wiedząc, że to co mówię, nie jest zbyt mądre.

*

Uwielbiam montaże w wiejskich domach. Kocham te przeszklone szafki pełne filiżanek i kieliszków, których nikt nigdy nie używał. Kocham to, że z każdego, dosłownie z każdego miejsca spogląda na mnie Chrystus, albo przynajmniej John Paul II. Aż boję się pierdnąć, bo może nie wolno i trafi mnie piorun. Kocham te starsze panie, które pytają „Młody, chcesz kafej, albo teju ci uwarzyć” ? I jak ja wybieram kawkę, to ona ma taki specyficzny smak i mnóstwo fusów. Kocham jak pytają, czy jestem synem, a mój tata odpowiada, że najmłodszym. One, że tak, tak, młodzi muszą pomagać, ja zwykle rzucam dowcipem, że to tata mi pomaga, bo ja jestem majster, one się śmieją, a tata mówi, że dziennikarz ze mnie będzie. Przy ludziach zawsze mnie chwali, tylko jak jesteśmy sami, to mówi, że się staczam. Szlachetnie z jego strony.

-Dawaj, przymierzymy tą roletę – mówi tata.

-Kurwa, trzeba?

-Trzeba, trzeba. I czerwoną poziomicę weź jeszcze. Sprawdzimy tak mniej więcej czy jest poziom.

No i mierzymy. Roleta zazwyczaj haczy trochę o mur i wtedy trzeba troszkę pomachać dłutem, a czasem wystarczy płaskim pilnikiem. Jak są buły, to można też młoteczkiem i ja to wtedy lubię robić, bo mam pretekst by powiedzieć „bez młota, to kurwa nie robota”, a fizyczna praca bez takich haseł nie ma żadnego sensu.

-Podkuj tam… Nie tym dłutem! Za grube! W drewnianej skrzynce masz to cieńsze, z drewnianą rączką.

-Młotem nie mogę?

-Sam jesteś młot. To cienka ściana, trzeba delikatnie – tata kręci głową z dezaprobatą.

-Ja bym to ojciec pierdolnął raz, a dobrze.

-Dobra, dobra… Nie mędrkuj, tylko zrób to, a potem podłącz wiertarkę.

-Którą?

-Przecież widzisz, że beton jest... Udarową Wojtuś, udarową – pokazuje mi palcem na czarną skrzynkę.

-Przecież wiem. Jakie wiertło?

-No daj tam kilka. Tą długą dziesiątkę na początek i potem te grubsze. Tylko widie mi daj. Wiesz, które to są wiertła widiowe?

-Nie ucz ojca dzieci robić – odpowiadam.

Fizyczna praca jest spoko. Mam kaca, ujebane ręce, zimno mi od wiatru wpadającego przez otwarte okno, ale jest dobrze. Rzygam tym chodzeniem po biurach, gdzie muszę odpowiadać na kretyńskie pytania: „Dlaczego wybrał pan naszą firmę”, „Co byłby pan w stanie sobą wnieść do naszej placówki”, „Czy potrafi pan pracować pod presją czasu”, „Niech pan opowie coś o sobie, o swojej wcześniejszej działalności na rynku”.

-Dobra synek. Teraz podłącz tą niebieską wiertarkę, tylko musisz znaleźć bezpośrednie gniazdo, bo jest inna wtyczka i nie pasuje do przedłużacza. Wybierz tam kilka wierteł do drewna.

Czuję się coraz gorzej. Bomba zeszła już całkowicie i ogarnia mnie słabość. Napiłbym się piwa, ale tata jest przeciwny temu bym pił u klientów. DZYNG. SMS od mojej dziewczyny. „Tęsknię za Tobą W”. Jak przyjemnie, jak ciepło, jak miło. Dobrze jest być kochanym. Na kacu szczególnie dobrze.

-Nie baw się teraz telefonem. Klucz mi podaj do wiertarki – zaordynował boss.

-Zara, zara… Jedną ręką odpisuję, że też tęsknię i pożądam straszliwie, a drugą gmeram w skrzynce w poszukiwaniu metalowego kluczyka służącego do dokręcania wierteł. Jak przyjemnie byłoby teraz leżeć koło niej pod miękkim kocykiem i oglądać jakąś brytyjską komedię, albo horror. Horror najlepiej, bo ona się boi i wtula noskiem w moje ramię. Trzymać za ręce, dawać spontaniczne buziaki, popijać wino, albo piwko.

-No masz ten klucz? Nie będziemy tu siedzieć do wieczora – brutalny głos mojego ojca wyrywa mnie z rozmarzenia.

-No już, już… Łap pan!

Niedobre czasy dla romantyków, bardzo niedobre. Romeo is bleeding jak śpiewał Tom Waits. Zdzieram folię z rolety, bo prędzej czy później i tak to trzeba będzie zrobić.

-No synek, punktujemy!

Podaję tacie punktak i młotek. Trzeba zaznaczyć miejsca, w których będzie się wierciło otworki pod dyble. Puk. Puk. Puk. Druga prowadnica. Puk, puk, puk. Krótką widią, najczęściej ósemką wiercimy dziurki. Mocujemy prowadnice i osadzamy na nich roletę.

DZYNG. SMS od ziomeczka. Czy jakieś fighty były w knajpie, bo ryj ma strzaskany? Odpisuję, że hehe, fightów żadnych i unfall musiał jakiś zaliczyć na powrocie, i że hehe, dobra bania.

-Potem odpiszesz, weź pasek i przelotkę.

-Już, już.

Z kartonu wyciągam brązową przelotkę i czerwone pudełko z wkrętami. Wyciągam dwa z płaskimi łbami i dwa normalne. Wpuszczam pasek przez wywiercony otwór, a tata „podpina” roletę. Podaję mu akkuschrauber, a on mocuje przelotkę. Przy całkowicie spuszczonej rolecie odmierzam pasek, prostopadle od parapetu tak mniej więcej pół metra. Ciacham nożem, a za pomocą zapalniczki pozbywam się sterczących włosków. Tata nawija pasek do nawijarki, a ja w tym czasie wbijam sześć zaślepek z drugiej strony okna. Gotowe.

-Zrób próbę.

-Dobrze tato.

Ściągam roletę w całości na dół. Palcami sprawdzam na ostatniej listwie czy jest luz poprzeczny. Wszystko gra. Podnoszę roletę do góry. Patrzę na zegarek. Półtorej godziny. Mogło być lepiej, ale również i dużo gorzej.

-Panie Burda! O! Już pan skońcoł? Wartko! Noo fajnie to wyglądoł. To cieplej też będzie, jaa? – starsza pani donośnie obwieszcza swoje wejście do pokoju.

-Tak, oczywiście. No i bezpieczniej. Jeszcze te dwie zamontujemy i spokój – tata uśmiecha się, a uśmiech ma trochę podobny do mojego.

-To coo? Zrobicie se panowie krótkoł przerwa, a joł uwarza tego kafeju, jaaa?

-No wie pani. Ja jestem majster, to ja mogę, ale czy tata znajdzie czas, to nie wiem – odpowiadam dowcipem, który nie jest zbyt śmieszny.

-Hiaiiaiaia! Tyś je miglanc synek! Udoł zejś się fartowi. Najmłodszy panie Burda?

-Najmłodszy, najmłodszy… Dziennikarz!

Taki ze mnie dziennikarz jak z koziej dupy trąbka, ale niech będzie.

*

Zamontowaliśmy pozostałe rolety i wróciliśmy do domu. Za chwilę zjem kotleta i kluski, chociaż skacowany, nie mam apetytu. Mama spyta po raz miliardowy,dlaczego nie nałożę sobie kapusty. Odpowiem, że nienawidzę kapusty, bo nienawidzę kapusty. Wezmę prysznic, założę pomięte jeansy i czarną koszulkę. Ułożę włosy trochę na bok, bo byłem u pani Ewuni na strzyżeniu i taką fryzurę wymyśliliśmy. Od lat chodzę tylko do pani Ewuni. Tata za montaż da mi czterdzieści, a może pięćdziesiąt złotych. Założę czarne reeboki i pójdę do „Żeglarza”. Za zarobioną kasiorkę wypiję kilka piw, jakieś pięćdziesiątki mocy. Życie nabierze kolorów. Zapalę papierosa, którego da mi Paskal. Pogadam z Gotfą o MMA. Pociupam troszkę w piłkarzyki w parze z Miszelem. Wygramy kilka meczów, ale potem zagramy przeciwko Jonaszowi i Kordianowi, a oni są super gracze i przegramy. Będę toczył rozmowę o pracy w Niemczech siedząc na brzegu stołu bilardowego, a barman mi powie, że jak wyleję piwo na zieloną powierzchnię, to mnie zabije, a co gorsza, będę musiał sporo zapłacić. Dostanę długiego SMSA od Niunia, że ustawka koniecznie next week bo trzeba pogadać o takim jednym, co to go trzeba odjebać i o tej jednej, którą kocha. Pofigluję telefonicznie z dziewczyną. Upiję się i nie będę pamiętał powrotu. Prawdopodobnie odwiezie mnie barman. Będzie mi się wydawać, że to dobre życie.

 

 

 

 

czwartek, 26 grudnia 2013, milanfan90

Polecane wpisy